Dwudziesta siódma Niedziela zwykła

Ewangelia wg św. Mateusza 21,33-43.

Jezus powiedział do arcykapłanów i starszych ludu: «Posłuchajcie innej przypowieści. Był pewien gospodarz, który założył winnicę. Otoczył ją murem, wykopał w niej tłocznie, zbudował wieżę, w końcu odd...

25 lat Parafii

Objawienia Pańskiego w Bliznem

Jednak spotkał kogoś, kto jest silniejszy od nienawiści.

Tim Guénard, francuski pisarz, mistrz Francji w boksie, gościł w Warszawie. Na spotkanie zorganizowane 15 marca w Bazylice Najświętszego Serca Jezusowego przy ulicy Kawęczyńskiej przyjechało mnóstwo ludzi. Niemal cały kościół był pełny, a trzeba podkreślić, że wielkość tej świątyni robi ogromne wrażenie.

Wydarzenie rozpoczęło się Mszą Świętą o godz. 18:00, a następnie Tim opowiedział swoje świadectwo. Mówił o swoim dzieciństwie, o tym jak porzuciła go matka przywiązując go do słupa przy polnej drodze. Wtedy trzyletni, wystraszony chłopiec trafił pod opiekę agresywnego ojca, alkoholika, który okrutnie się nad nim znęcał. W końcu Tim został tak pobity, że trafił do szpitala i spędził tam trzy lata.

Trzy lata, podczas których nie odwiedził go nikt. Był niechciany nie tylko przez rodziców, także przez innych ludzi, mieszkał w domach dziecka. Nigdy nie został adoptowany bo „rodziców wygrywały te ładniejsze dzieci”. Już takie przeżycia mogą być ogromną traumą dla człowieka, a u Tima był to zaledwie wstęp. Jako trzynastolatek po usunięciu z poprawczaka stał się bezdomnym, zamieszkał na ulicach Paryża. Spał przy śmietnikach, w garażach, wśród szczurów.

Jednak gdy Tim mówił o swoim życiu, nie na cierpieniu i złu najbardziej się skupiał, ale podkreślał role ludzi, którzy coś w jego życiu zmienili. Opowiadał o panu Leonie, który nauczył go czytać. O policjancie, który „ładnie na niego spojrzał”, dzięki czemu Tim nie popełnił samobójstwa. Powiedział wtedy:
„Jeśli dziś żyję, kocham moją rodzinę (…) to najpierw muszę żyć. Żeby kochać trzeba żyć”.

Tim Guénard mimo niewyobrażalnego cierpienia jest przepełniony wdzięcznością do wszystkich ludzi, których spotkał. Nawet o swoich rodzicach mówi dobrze, dziękuje swojej matce, bo „odważyła się powiedzieć życiu tak i urodziła swojego syna”. Powiedział: „Musiałem wiele lat powtarzać modlitwę różańcową, by odkryć, gdy miałem 51 lat, że ze jestem owocem czyjegoś tak”.

Tim o Bogu mówi Big Boss, czyli Wielki Szef i podkreśla, że jest w nim rozkochany. Gdy pewien dziennikarz kiedyś zapytał jak on może tak kochać Boga, skoro Ten dopuścił do takich rzeczy w jego życiu, Tim odpowiedział, że On do tego nie dopuścił. Wielki Szef go uratował.

Po świadectwie rozpoczęła się kolejna część spotkania, czyli wieczór uwielbienia z modlitwami wstawienniczymi. Chociaż wszystko trwało prawie do godziny 23:00, dla mnie ten czas bardzo szybko minął, a co najważniejsze pozwolił zbliżyć się realnie do Boga, do Wielkiego Szefa.

Ewa Krasoń


Informacje ze strony Parafii goszczącej:
 http://www.bazylika.salezjanie.pl/galeria/?gal=177